czwartek, 22 sierpnia 2019

42 godziny i 17 minut w Transsibie

Birobidżan, 21 sierpnia (środa), godzina 13:00 czasu lokalnego (CET +8h)

Za nami najdłuższy jednorazowy odcinek przejazdu Koleją Transsyberyjską, rozpoczęty w poniedziałek o 17:29 na stacji Czyta-2 (6198 kilometr trasy Moskwa-Władywostok) i zakończony w Birobidżanie w środę o godzinie 12:46 (8351 kilometr). Przejechaliśmy 2153 km w 42 h i 17 minut. Po drodze zmieniliśmy kolejną, ostatnią już, strefę czasową i formalnie opuściliśmy Syberię (granicę pomiędzy Syberią a rosyjskim Dalekim Wschodem przekroczyliśmy we wtorkowe południe na 7079 kilometrze trasy).

Podróż minęła zaskakująco szybko, był to naprawdę bardzo dobry czas na odpoczynek, poczytanie książek i kilka gier towarzyskich. Po wejściu do pociągu okazało się, że w tym składzie jest już wprawdzie wagon restauracyjny, ale poza brakiem wifi nie ma również dla odmiany gniazdek w przedziałach, na szczęście dysponowaliśmy przedłużaczem. Minusem starego wagonu było też to, że toaletę opróżniało się po naciśnięciu odpowiedniego pedału prosto na tory, przez co obowiązywały „sanitarne zony” na 15-20 minut przed wjazdem i po ruszeniu z większej stacji - toalety były wtedy nieczynne.



Obsługa wagonu restauracyjnego była tym razem bardzo sympatyczna, niestety pociąg po kilku dniach jechał już ewidentnie na końcówce zaopatrzenia, bo pierwszego dnia na kolację były już tylko śledzie, a drugiego na obiad ostatnie porcje zupy i tylko jeden rodzaj głównego dania. A zamówione cztery kieliszki wódki podano nam elegancko w szklaneczce, coby było równo 200 gram i nic się wylało.



Co kilka godzin pociąg miał dłuższy (15-20 minut) postój na którejś ze stacji pośrednich w tak interesujących miejscach jak Jerofiej Pawłowicz (nazwa stacji to imię i otczestwo pana badacza tutejszych terenów Chabarowa, od którego nazwiska mamy miasto Chabarowsk), Amazar czy Magdagaczi. Prawie na każdej z tych stacji stała sobie stara lokomotywa, czasami blisko była jakaś cerkiewka, przejeżdżał pociąg towarowy lub pocztowy, a stacja Jerofiej Pawłowicz była fantazyjnie przyozdobiona smokami jak z klocków lego. Znakiem czasu było to, że na peronach nie spotyka się już praktycznie babuszek (tak naprawdę większa ich grupa była tylko raz, kilka dni wcześniej w Iłańsku, przez dwa dni do Birobidżanu spotkaliśmy jedną samotnie sprzedającą bułki na jednej ze stacji), znacznie częściej przy stacji działają regularne sklepiki.







A przed Birobidżanem zaczęły się pierwsze oznaki tego, że w regionie dalekowschodnim od kilku dni ulewnie padało.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz