Birobidżan, 21 sierpnia (środa), godzina 18:00 czasu lokalnego (CET +8h)
Korzystny rozkład pociągów pozwolił nam zaplanować ponad pięciogodzinną przerwę w Birobidżanie, stolicy Żydowskiego Obwodu Autonomicznego (ŻOA), tuż przy granicy z Chinami. ŻOA został utworzony decyzją Stalina w 1934 r. i według radzieckiej propagandy miał być podarowaną przez Stalina ziemią obiecaną dla rosyjskich Żydów, którzy mieli się osiedlić na tym terenie. Szybko okazało się, że wybór miejsca nie był szczególnie szczęśliwy, ponieważ teren jest tu bagnisty i pełen komarów, z deszczowym latem i mroźną zimą, w dodatku blisko niespokojnej swego czasu granicy z Chinami. Pierwsi osadnicy, po przybyciu na miejsce, otrzymywali przydział kawałka gruntu, na którym musieli sami wykarczować las i zbudować drewnianą chałupę. Pomimo szeroko zakrojonej akcji propagandowej oraz szerokich przywilejów (językiem urzędowym w ŻOA był jidysz, w jidysz ukazywała się też miejscowa gazeta, a żydowskim pisarzom i artystom stawiano pomniki), napływ Żydów do utworzonej dla nich autonomii był niewielki - Żydzi nigdy nie stanowili nawet 30% mieszkańców obwodu, a w 1939 r. mieszkało ich 18 tysięcy. Powojenny antysemityzm oraz czystki, które nie omijały również mieszkańców obwodu, spowodowały że większość z Żydów wyjechała do nowoutworzonego Izraela. Dzisiaj ich liczbę szacuje się na około 3 tysiące (jakieś 2% mieszkańców obwodu) i poza kilkoma miejscami ciężko jest dostrzec ich istotną obecność we współczesnym Birobidżanie.
Pierwszym miejscem, które świadczy o żydowskim charakterze Birobidżanu jest plac przed dworcem kolejowym - napis „Birobidżan” po hebrajsku, fontanna z menorą oraz pomnik pierwszych osadników. Drugim, centrum kultury żydowskiej, obok którego działa koszerna restauracja Simcha, a na terenie centrum znajduje się synagoga, którą można zwiedzić z bardzo sympatycznym przewodnikiem. Wewnątrz jest ekspozycja poświęcona kulturze żydowskiej i osadnictwu żydowskiemu w Birobidżanie. Przed budynkiem centrum pomnik Szaloma Alejchema.
Dalej jest już radziecko i klasycznie, najpierw pomnik zwycięstwa (naprawdę są one w każdym większym i mniejszym mieście i trzeba przyznać, że władze radzieckie faktycznie starały się
upamiętnić nazwiska wszystkich poległych w myśl hasła „Nikto nie zabyt, niczto nie zabyto”), później pomnik przyjaźni rosyjsko-chińskiej (w zasadzie między Birobodżanem a jednym z chińskich miast), pomnik pograniczników z psem i czołgiem IS-2 (masowo produkowany w trakcie II wojny, IS oznaczało Iosif Stalin) oraz oczywiście pomnik Lenina.
Później dotarliśmy na zaskakująco porządnie zagospodarowane bulwary nad rzeką Birą, której poziom znacząco się podniósł po ostatnich opadach. Po drodze minęliśmy jeszcze bardzo smutno wyglądający budynek teatru i otoczone popowodziowymi bajorami place zabaw. Później droga okazała się zalana kompletnie i musieliśmy przejść przez pełne błota osiedla domków żeby dotrzeć do ostatniego punktu zwiedzania - synagogi, która zlokalizowana była w starej drewnianej chałupie.
Po dotarciu na dworzec zaczęło mocno padać więc na pociąg poczekaliśmy w przydworcowym barze „Syty Wołk”. Z Birobidżanu do Chabarowska pojechaliśmy 2,5 h elektriczką, niestety szybko zrobiło się ciemno i przez brudne i mokre okna nie mogliśmy podziwiać rozlewającego się Amuru.

























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz